Moja Gdynia

Moja Gdynia

czwartek, 3 marca 2016

Ciekawa historia gdyńskiej firmy " PANTAREI "



Źróło:  ROCZNIK GDYŃSKI 1978-1979
autor: MACIEJ RDESIŃSKI



Efektowną nazwę wymyślił Ryszard Jacobini. Wywiódł ją od powiedzenia przypisywanego Heraklitowi — „panta rhei" — oznaczającego, że wszystko jest zmienne, nietrwałe, że wszystko płynie. Jacobini był dyrektorem Warszawskiego Domu Handlowego Endler Messing; mającego swoje siedziby w Warszawie na Królewskiej i Tłomackiej oraz oddział w Gdańsku. Firma handlowa artykułami kolonialnymi, i miała przedstawicielstwo amerykańskiego koncernu samochodowego Forda. Dla rozwinięcia swych interesów i zwiększenia obrotów wyjednała u Ministerstwa Przemysłu i Handlu zgodę na założenie w porcie gdyńskim magazynów, pod które otrzymała we wrześniu 1928 r. teren przy powstającym nabrzeżu nazwanym potem Polskim. Budowa magazynu nadszarpnęła kasę firmy Endler Messing. Dyrektor Jacobini, nie mogąc znaleźć kapitału, za radą bankowców oraz pozwoleniem Ministerstwa Przemysłu i Handlu, latem następnego roku zaczął organizować nową firmę pod, nazwą „Pantarei" — Powszechne Zakłady Magazynowe i Transportowe Spółka Akcyjna w Gdyni. Akt zawiązania spółki podpisany został 21 września 1929 r. Człowiekiem, który powstającej firmie oddał do dyspozycji swoje wpływy i pieniądze, był dr Zdzisław Słuszkiewicz, dyrektor Polskiego Banku Przemysłowego, jednego z udziałowców Konsorcjum Francusko-Polskiego do Budowy Portu w Gdyni. Słuszkiewicz, osobiście zainteresowany budową elektrowni w Gródku, która przesyłała energię dla portu w Gdyni, wiele znaczył w tym czasie nie tylko w dziedzinie gospodarki morskiej, ale wszędzie tam, gdzie kapitał francuski penetrował polskie życie gospodarcze, a głównie na Podkarpaciu (wydobywanie ropy naftowej), ponadto zaś finansował Ćmielów (porcelana), Baczewskiego (spirytualia), Manufakturę Widzewską. Przypomnieć tu należy, że Polski Bank Przemysłowy powiązany był z francuskim bankiem Lazard Freres i angielskim London Eastern Trade Bank Ltd. Dyrektor Słuszkiewicz miał poza tym wpływowe znajomości w Austrii. Obok dr. Słuszkiewicza, do spółki przystąpiły 34 osoby z różnych środowisk. Ze znaczniejszych akcjonariuszy wymienić należy młodego ziemianina i ekonomistę Tomasza Jałowieckiego, związanego następnie z eksportem węgla, warszawskich kupców m.in. słynnego Karola Herse oraz importera win Georges Bernarda, który przeniósł swój interes winny z Petersburga do Gdyni. Obok nich udziały swe wnieśli Panowie: Ogurek, Perl, firma Kutner i Warszawski, oraz osobistości, które w dodatku dodały splendoru spółce: hrabia Adam Branicki, baron Bisping, płk Jerzy Bardzinski. Na końcu niepełnej tu listy figurował Kazimierz Mucha, który wpłacił dwieście tysięcy złotych udziału. Z różnych portfeli i kont złożył się okrągły milion złotych —suma niezbędna prawie do otrzymania przez organizujące się przedsiębiorstwo statutu spółki akcyjnej. Kazimierzowi Musze należy się uwaga specjalna. Ten self-made man, nim zajął się międzynarodową spedycją, imał się różnych zajęć. W rodzinnym Żydaczowie k/Stanisławowa, po skończeniu szkoły handlowej, prowadził zakład murarski. W czasie I wojny światowej, w wojsku austriackim jeździł jako szofer. Nauczywszy się mechaniki pracował w cukrowni Zbiersk jako mechanik, a jednocześnie ... hodował świnie na eksport. Z kolei uznał, że najbardziej pewnym sposobem na zdobycie pieniędzy jest kinematografia — prowadził więc kino w Warszawie. Nadal też stawiał na automobilizm: pracował w przedstawicielstwie Forda prowadzonym przez firmę Endler Messing. Samochody, które statkami przychodziły do Gdańska, kierowcy Motoforda, bo taką nazwę miało warszawskie przedstawicielstwo, odwozili do stolicy. Mucha, jeżdżąc po importowane wozy, znalazł się w powstającej Gdyni, gdzie kupił plac pod dom na wytyczonej wówczas ulicy Abrahama. Sporą sumę pieniędzy zarobił w Poznaniu w 1929 r. na Powszechnej Wystawie Krajowej, prowadząc tam wraz z braćmi restaurację, kawiarnię, nocny lokal pod nazwą „Pałac Dansingowy" oraz wesołe miasteczko. Sukces wystawy, będącej przeglądem stanu gospodarczego kraju, ożywionego pomyślną koniunkturą gospodarczą, był jednocześnie sukcesem finansowym braci Muchów. Zdobyte pieniądze inwestuje Kazimierz Mucha w budowę magazynu przy nabrzeżu Polskim, traktując go jako bazę dla firmy zajmującej się zaopatrzeniem statków. Firmą tą była Ship Suplly, a magazyn znajdował się obok stawianego tam magazynu firmy Endler Messing. Mucha, podobnie jak większość pionierów schiphandlerstwa, w ostrej walce konkurencyjnej o monopol na dostawy, poniósł straty i wycofał się z branży. Zwrócił się ku spedycji — wybudowany magazyn sprzedał firmie Fetter, a sam całą energię skierował na rozwój „Panterei". Pierwszy okres działalności spółki był trudny. Magazyny świeciły pustkami. Rozpoczął się wówczas największy w dziejach kapitalizmu kryzys. Bankrutowały  dziesiątki i tysiące firm różnych branż na całym świecie. Akcjonariusze „Pantarei", w obawie o przyszłość spółki, zaczęli szukać ludzi, którzy ozdobne akcje „Pantarei" zamienią na zwykłe stuzłotówki (na taką sumę opiewała nominalna wartość jednej akcji). Amatorów kupna po nominalnej cenie jednak nie było. Akcjonariusze dowiedzieli się natomiast o tym, że pewien bank i pewne osoby kupują akcje po 80, a nawet 50 procent ich nominalnej wartości. Za wszystkimi kupującymi stał Kazimierz Mucha, który postanowił przejąć cały kapitał na własność, starannie ukrywając swój wzrastający udział w „Pantarei". Osiągnięciu tego celu sprzyjała procedura zebrań akcjonariuszy na których ustalano kierunek działalności firmy. Przy glosowaniach każdy posiadacz akcji otrzymywał liczbę głosów równą ich ilości. Ponieważ nikt nie pytał właściciela akcji, skąd je ma i jak wszedł w ich posiadanie, Kazimierz Mucha mógł wyręczać się podstawionymi i zaufanymi osobami, które — rzecz jasna — głosowały tak, jak im zalecił. Na zebraniach zarządu forsował politykę stałego inwestowania, tak że właściciele akcji, nie mając żadnej dywidendy od kapitału, wycofywali się ze spółki. Dążeniem Muchy było uzyskanie dominującego a następnie wyłącznego stanowiska, w zarządzie spółki. Pierwotnie w skład jego wchodzili: Ryszard Jacobini, Michał Królikowski — dyrektor Oddziału Polskiego Banku Przemysłowego i Kazimierz Mucha. Utrzymywał on, że firma nie może sobie pozwolić na opłacenie kilku dyrektorów. Następny zarząd stanowili już tylko Jałowiecki i Mucha, który dla osiągnięcia tego celu musiał sprzedać dom. Najdłużej udziałowcami w firmie byli: dr Słuszkiewicz, posiadający obok innych walorów majątek ziemski Szreńsk w powiecie mławskim, oraz baron Bisping —właściciel klucza dziewięciu folwarków pod Grodnem. Mucha z przekąsem, w zaufanym gronie, nazwał ich darmozjadami, aż wreszcie dopiął swego i stał się jedynym członkiem zarządu w 1939 T., a tuż przed wybuchem wojny jedynym właścicielem firmy. Pierwszy okres, jak już powiedziano, był dla firmy co najmniej trudny, „Pantarei" musiała zlikwidować swój oddział w Gdańsku. Reaktywowała go tuż przed wybuchem wojny. Najgorsze jednak przetrwała, a kiedy coraz więcej linii okrętowych, szukających ładunku i gnanych kryzysem, zaczęło się wiązać z portem gdyńskim, wiadomo było, że pracy dla „Pantarei" nie zabraknie. Rozwojowi firmy sprzyjała także polityka Ministerstwa Przemysłu i Handlu. Koncentracja handlu zagranicznego na granicy morskiej, preferowanie od stycznia 1932 r. przy pomocy stawek celnych przeładunków w portach Gdańska i Gdyni, ułatwiły sytuację spedytorów morskich. Statki, coraz liczniej cumujące przy magazynach „Pantarei", wyładowywały i zabierały składowane tutaj towary. Zdarzało się, że było ich tyle, iż stały na całej długości nabrzeża od American Scantic Line do magazynu Fettera, w jednym, dwu, a nawet trzech rzędach obok siebie — „along-side", jak to mówią marynarze. W „Pantarei" obowiązywało  hasło: „magazyn jest z gumy, klientowi nie odmawiać". Brygady robotników sztaplowały więc towary pod sam dach. W stosunku do klienta obowiązywała zasada „nasz klient nasz pan", uwidoczniona dużymi literami w biurze firmy. Jedna z gazet gdyńskich złośliwie zapytywała, czy klient, który oszuka firmę, dalej pozostaje jej panem? Odpowiedzi na to nie było, ale „Pantarei" bardzo skrupulatnie przestrzegała zasady nieprzyjmowania za usługi weksli, a przez biura wywiadowcze sprawdzała zdolności płatnicze klientów. Jedną z przyczyn prosperity „Panłarei" było zwolnienie jej z podatku przez. Ministerstwo Przemysłu i Handlu. Polityka ministra Kwiatkowskiego, forsującego rozwój portu gdyńskiego, polegała m.in. na popieraniu polskich firm w porcie gdyńskim; tylko duże i bogate przedsiębiorstwo mogło z powodzeniem prowadzić spedycję morską i skutecznie konkurować z obcym kapitałem. Jednocześnie inż. Kwiatkowski, dając ulgi podatkowe, zobowiązywał polskie firmy do dalszych inwestycji. „Pantarei" rozbudowała magazyn po Endlerze Messingu, podpiwniczając go i dobudowując biura, w drugiej linii nabrzeża postawiła magazyn na towary oclone, podnajmując ponadto pomieszczenia na Nabrzeżu Śląskim eksporterom polskiego spirytusu i wybudowała trzeci magazyn. Wspomnieć należy, że magazyn „Pantarei", przed wybudowaniem dworca morskiego pełnił jego funkcję. Udekorowany flagami i zieleniną służył za miejsce odpraw pasażerskich transatlantyków Polskiego Transatlantyckiego Towarzystwa Okrętowego, by w parę godzin po odprawie wrócić do pierwotnej funkcji. W 1930 r. „Pantarei" otrzymała zezwolenie na prowadzenie Domu Składowego Publicznego, koncesje celną i na skład celny spirytualii. 



W grudniu 1934 r. do statutu przedsiębiorstwa został wprowadzony paragraf, że firma zajmować się będzie także maklerstwem. W tej dziedzinie najlepszy był dla „Pantarei" rok 1935, kiedy to sklarowano w porcie gdyńskim 155 statków, co nieznacznie przekraczało 1 procent ogólnego tonażu. Te specjalistyczne formy handlu i usług wymagały fachowego zespołu ludzi. Kazimierz Mucha, który przecież nie znał się na spedycji, miał szczęśliwą rękę w doborze pracowników. Pierwszym z nich był Edward Toczyski, który przeszedł krótką, ale twardą szkołę w gdańskim oddziale „Hartwiga". Firma ta, poza kierownictwem, obsadzona była przez Niemców, znanych z tego, że w pracy nie znają litości. Szkoła, jaką przeszedł Toczyski, obok umiejętności fachu, wyrobiła w nim hart wewnętrzny i nieustępliwość, konieczne w spedycji morskiej. Toczyski kolejno organizował działy firmy. Z „Pantarei" związał się na całe życie — był jej pierwszym i ostatnim pracownikiem i z tej firmy przeszedł w 1972 r. na emeryturę. Akwizycję „Pantarei" prowadził inż. Ludwik Rostat, prokurent do spraw handlowych. Za sprawą jego koneksji firma była m. in. reprezentantem radzieckiego Sowtransportu. A skoro już mowa o za-granicznych koneksjach „Pantarei" —wymienić tu trzeba węgierską firmę Danubie i czechosłowacką Bata, której buty były ostatnim przeładunkiem przed wojną. Obowiązki buchaltera w firmie pełniła Jadwiga Muchowa. Plotka gdyńska wyolbrzymiała jej zasługi dla „Pantarei". Talentem handlowym ustępowała daleko zarówno mężowi, jak i innym pracownikom firmy, a jej wykłócanie się o grosze było raczej  małomiasteczkowej preweniencji i nie służyło dużej firmie morskiej. Z pozostałych pracowników, których pod koniec okresu międzywojennego było około 30, wymienić należy Stanisława Janiszewskiego, Zygmunta Januszewskiego i Stanisława Kogutowskiego — po wojnie dyrektorów oddziałów „Hartwiga" w Gdyni i Gdańsku, następnie Juliusza Wicha, deklaranta celnego Chudego, kierownika magazynu Pełecha, Floriana Ganasika, Stefańskiego, trzech braci Majewskich, forrnanów: Nastałego i Hajduckiego. W całości był to zespół zgrany i fachowy. Przez cały okres pracy firmy nie zdarzył się poważniejszy wypadek — pożar czy większa kradzież. Obok pracowników stałych dysponujących wiedzą fachową, w „Pantarei" zatrudniano na godziny i dniówki setki robotników portowych. W ostrej walce konkurencyjnej w porcie gdyńskim „Pantarei" utrzymywała się na czołowym miejscu. Dzięki takim atutom, jak fachowy zespół pracowników, milionowy kapitał zakładowy oraz magazyny, miała znacznie lepszą sytuację niż najgroźniejsi konkurenci: „Warta", Warszawskie Towarzystwo Transportowe, Bergenske, nie mówiąc o mniej znaczących ówcześnie w porcie firmach, jak „Hartwig", „Schenker", Północne Towarzystwo Transportowe i Ekspedycyjne, czy grupa przedsiębiorstw shippingowych WM Gdańska: Behnke Sieg, Prove, Reinhold i inne. Walka konkurencyjna   doprowadzała do konfliktów na nabrzeżach. Władze portowe wymogły więc na spedytorach, aby firmy ustaliły między sobą zasady odbioru i załadunku towarów na siatek. W celu unikania zadrażnień, „Pantarei", „Warta" i Warszawskie Towarzystwo Transportowe założyły wspólne przedsiębiorstwo prze-ładunkowe USCO — United Steavedoring Company Ltd. Takie same porozumienie o nazwie Quick Dispatch zawarła „Pantarei" z niemiecką firmą Johanes Ick. Udział w tych przedsiębiorstwach był źródłem dodatkowych zysków firmy. K. Mucha, czuwający nad ogólnym kierunkiem rozwoju interesów, nie zamierzał Edward Toczyski, który z „Pantarei" związał się na całe życie  ograniczyć się jedynie do spedycji morskiej. Korzystając z ułatwień kredytowych Ministerstwa Przemysłu i Handlu postanowił nabyć statek — paragrafowiec o pojemności 499 BRT, podobnie jak czyniły to inne firmy shippingowe z Gdyni. Ponadto miał udział w towarzystwie handlowym o nazwie „Brithol" sprowadzającym angielskie i holenderskie śledzie do Polski. Jednocześnie, w latach 1935-37, wykupił 70 hektarów w Rumi-Janowie, parcelując je pod budownictwo domków jednorodzinnych. Aby przyspieszyć wykup terenów w centrum projektowanego osiedla wydzielił działkę pod budowę szkoły, przekazując ją bezpłatnie władzom komunalnym. W związku z zapoczątkowaną budową kanału przemysłowego, który miał otoczyć Kępę Oksywską i gdzie projektowano postawienie licznych zakładów, wartość wykupionych nieużytków mogła wzrosnąć ogromnie. Tuż przed wojną „Pantarei" wybudowała dwie luksusowe kamienice przy ulicy Świętojańskiej i Abrahama. Działalność firmy wykraczać zaczęła poza Gdynię. Najpierw reaktywowano oddział w WM Gdańsku, potem przystąpiono do budowy magazynów w Centralnym Okręgu Przemysłowym i w Warszawie. We wrześniu 1938, prawdopodobnie w ramach przygotowań do organizacji tran-sportów na wypadek wojny, „Warta", Warszawskie Towarzystwo Transportowe, „Hartwig" i „Pantarei" założyły nową firmę spedycyjną pod nazwą „OZEP" — Organizacja Zagraniczna Ekspedytorów Polskich. W dniu wybuchu wojny Mucha z papierami wartościowymi oraz z czekiem na 1500 funtów szterlingów uzyskanych za transport butów czechosłowackiej „Bata", wyjechał do Warszawy, a następnie do Lwowa, gdzie zaczął wszystko od nowa. Początkowo pracował jako rzeźnik w masarni brata, następnie zaś założył małą firmę spedycyjną „Rapid". Po zakończeniu działań wojennych powrócił do Gdyni i przystąpił do odbudowy własnych magazynów portowych. Prace te kosztowały go 6000 dolarów. Wierny swej zasadzie koncentrowania się na kwestiach podstawowych, ustąpił z zarządu „Pan-tarei", powołując na stanowisko jedynego członka zarządu E. Toczyskiego. Firma prowadziła do 1950 r. działalność spedycyjną. W tym okresie Mucha założył Przedsiębiorstwo Robót Fizycznych „Harbour Quick Dispatch" oraz Towarzystwo Handlu Zagranicznego i Połowów Morskich „Harpun". Obok tego pełnił funkcję wiceprezesa reaktywowanej w Gdyni Izby Przemysłowo--Handlowej. Upaństwowienie gospodarki morskiej spowodowało zmianę zajęcia Muchy: został... ogrodnikiem. Na posiadanych w Rumi-Janowie gruntach zbudował szklarnię i założył ogrodnictwo, które prowadził do śmierci w sierpniu 1965 r. Był Mucha na pewno nietuzinkowym biznesmenem, który potrafił wykorzystać w pełni koniunkturę, towarzyszącą rozwojowi portu gdyńskiego. Trzeba jednak stwierdzić, że realizując swoje czysto kapitalistyczne cele, służył bardziej czy mniej świadomie interesom polskiej gospodarki morskiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz